Trzy miesiące za kratkami w Jeleniewce: krzyki, rosyjski hymn, przepełniona toaleta

Trzy miesiące za kratkami w Jeleniewce: krzyki, rosyjski hymn, przepełniona toaleta

18.08.2022 0 przez admin
  • Jesse Keiner, Anastasia Płatonowa, Nina Nazarowa
  • BBC

Zapisz się do naszego newslettera „ Kontekst ”: pomoże Ci zrozumieć wydarzenia.

prawa autorskie do zdjęćAnna Voroshiva

podpis pod zdjęciem,

Anna Worosziwa: „Jestem Ukrainką, a mój charakter, mój naród, nasze kobiety są inne, jesteśmy bardzo dumni z hartu ducha. I nie zamierzałam się poddawać”

„Nagie, opuszczone dwukondygnacyjne betonowe pomieszczenia, pięć oddzielnych budynków-baraków i jeszcze jedno pomieszczenie, które nazywano „oddziałem izolacyjnym”. To takie więzienie w więzieniu. W normalnym toku życia w kolonii, kiedy więźniowie siedzą w barakach i popełniają wykroczenia, za karę w więzieniu trafiają do DIZO (oddział izolacyjny dyscyplinarny). To jest DIZO, w którym się znalazłam – opowiada Anna Worosziwa o tym, jak została doprowadzona do kolonia w Jelenowce na terenie samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej w kwietniu 2022 r.

Jelenowka to osada typu miejskiego 25 kilometrów od Doniecka. Jej nazwa jest obecnie wymieniana głównie w związku z ukraińskim pułkiem „Azow” (na początku sierpnia został uznany w Rosji za organizację terrorystyczną i zdelegalizowany).

To w Jeleniewce przetrzymywane są schwytane myśliwce Azowa i tam pod koniec lipca doszło do wybuchu i zginęły 53 osoby. Rosja stwierdziła wówczas, że wybuch był wynikiem ostrzału ze strony ukraińskiej. Ukraina twierdzi, że eksplozja została zainscenizowana przez Rosję w celu zniszczenia dowodów tortur i zabójstw więźniów.

Wcześniej istniała kolonia poprawcza, która w 2010 roku została zamknięta i poddana likwidacji. „Wojsko [DPR] w pewnym sensie je reaktywowało, po prostu wyrwało im zamki” – wyjaśnia Vorosheva.

Mieszkanka Mariupola Anna Worosziwa spędziła trzy miesiące w niewoli w Jelenowce i została zwolniona z kolonii na początku lipca, trzy tygodnie przed wybuchem. Cztery dni przed strajkiem, za który Ukraina i Rosja obwiniają się wzajemnie, pewna kobieta rozmawiała z BBC o swoim doświadczeniu. Jej historia pomaga przywrócić obraz warunków, w jakich przetrzymywani są więźniowie w Jeleniewce.

Wycieczka w obie strony po Mariupolu

Przed rosyjską inwazją na Ukrainę 45-letnia Anna Worosziwa pracowała jako kwiaciarka i projektantka w czasie wakacji. Prowadziła własną działalność gospodarczą, m.in. sklep z balonami o powierzchni 140 metrów kwadratowych w centrum Mariupola i warsztat rekwizytorski. Woroszew wystawił swoje ostatnie zamówienie w swoim sklepie wieczorem 24 lutego.

Kilka dni później Woroszewa dołączyła do wolontariuszy w ośrodku Chalabuda w Mariupolu: „Właściciele sklepów spożywczych przynieśli jedzenie, obuwnicy przynieśli buty, apteki przynieśli lekarstwa, bo zrozumieli, że to wszystko zostanie zrabowane albo ludzie się włamią i zachęceni dalej przez poczucie zagrożenia: „Będą losowo brać wszystko w nieograniczonych ilościach. Dlatego celowo wyjęli swoje produkty, przynieśli je do centrum, a organizacja wolontariuszy pomogła, aby ludzie otrzymali to za darmo w jakiś zorganizowany sposób ”.

Jak wspomina Voroshiva, sytuacja w Mariupolu pogarszała się szybciej, niż mózg zdążył się do niej przystosować. Światło zniknęło już w pierwszych dniach po inwazji, a niemal natychmiast po niej zniknął gaz w różnych częściach miasta.

prawa autorskie do zdjęćAnna Voroshiva

podpis pod zdjęciem,

Anna Voroshiva: „Nie miałam nawet myśli w głowie, że no cóż, to już koniec…”

„Skostniała świadomość wchodzi w taki trans, że nawet myśl nie została wpuszczona do głowy, że no cóż, to już koniec, to się nigdy więcej nie powtórzy. Wszyscy czekali, aż ktoś coś naprawi. To było bardzo złudne wyobrażenie o wszystkich tych okropnościach”.

W nocy z 1-2 marca zniknęły resztki łączności w centrum miasta. Wielu, wspomina Voroshiva, dopiero w tym momencie zorientowało się, że nie zna na pamięć ani jednego numeru telefonu swoich bliskich.

Ona sama, w ostatnich godzinach komunikacji, zadzwoniła do swojej dorosłej córki, która była w Charkowie w schronie przeciwbombowym, i dała jej instrukcje, jak wydostać się ze strefy walk.

„Uzgodniliśmy również, że powinieneś mieć przy sobie czarny marker, a jeśli rozumiesz, że trafisz w bardzo niebezpieczne miejsce, to powinieneś napisać swoje imię, nazwisko, swoje dane na swoim ciele, aby jeśli jest ciało, zostanie zidentyfikowany”.

Wkrótce cały Mariupol zaczął szukać drewna na opał – gotowali jedzenie na ogniskach. „Ale wszyscy ponownie stają w obliczu faktu, że w zwykłej miejskiej rodzinie w 2022 r. nikt nie trzyma piły, za pomocą której można ściąć drzewo. To nie jest w życiu codziennym. Jest suszarka do włosów, jest pralka, ale pił nie ma, podzielonych między dziedzińce.

„Ale jest zima i zimno, drewno jest wilgotne, drewno się nie pali i wszyscy, nawet najbardziej powściągliwi, najinteligentniejsi ludzie rozumieją, że nie przeżyjemy bez wyciągania suchego sprzętu ze sklepów i demontażu to Wszyscy idą na to. Grupy są rozdzielane zgodnie ze swoimi obowiązkami, ktoś zajmuje się wydobyciem drewna opałowego, kobiety zajmują się gotowaniem, a kobiety opiekują się dziećmi, aby prawidłowo i szybko reagować na odgłos zbliżającej się broni .

prawa autorskie do zdjęćAnna Voroshiva

prawa autorskie do zdjęćAnna Voroshiva

prawa autorskie do zdjęćAnna Voroshiva

podpis pod zdjęciem,

Zdjęcia Anny Woroszewej z Mariupola. Gotowanie w sklepach starej fabryki w pobliżu centrum „Halabuda” i kolejka do źródła

18 marca Annie Woroszewie z grupą cywilów udało się kilkoma samochodami wydostać się z Mariupola do Zaporoża.

„Po drodze się spotkaliśmy, nie wiem, 50-60 punktów kontrolnych, ludzie w różnych mundurach, zupełnie różne narodowości – to byli Rosjanie, z wyglądu Buriaci, jakieś inne narody z północy. Wszyscy ci ludzie mówili dziwne zwroty o tym, że siedzą w piwnicach od ośmiu lat. Oczywiście ukrywaliśmy swoje uczucia, ale to nas oburzyło i bawiło, bo ludzie absolutnie nie byli zorientowani w historii chwili, nawet nie rozumieli, na jakim terytorium były w środku i co tam było, gdzie stoją, żadna akcja nigdy nie miała miejsca.”

Niemal natychmiast Worosziwa postanowiła zebrać pomoc humanitarną i wrócić do Mariupola – według niej nie mogła oprzeć się wrażeniu, że w mieście pozostało tysiące osób, w tym tych, którzy znali ją osobiście i liczyli na pomoc.

„Jak żyć i mówić, że tam dotarłam i dzięki Bogu, poszłam dalej, a ty to wymyślisz tak, jak chcesz?”, wyjaśnia. „Zdecydowanie to była decyzja serca, sumienia, żeby to zorganizować”.

„Wszyscy zagraniczni przyjaciele krzyczeli do mnie na WhatsApp: „Czekaj, powinno to zrobić państwo, dokąd idziesz?” Włosi wysłali mi wskazówki do międzynarodowego centrum pomocy. Tylko dziewczyny, które znały moją postać”.

Voroshiva i jej partner załadowali minibusy żywnością, lekami i środkami higienicznymi. Na transporcie pomalowaliśmy ogromne różowe serduszka, aby podkreślić spokojny charakter ładunku, a 26 marca pojechaliśmy z powrotem do Mariupola.

W punkcie kontrolnym w Nikolskoje, osadzie 20 kilometrów od Mariupola, która kilka tygodni wcześniej znalazła się pod kontrolą DRL, ochotnicy zostali zatrzymani przez wojsko DRL, przesłuchani, zbadali ładunek i zezwolili na wjazd. Tam ładunek zaczął być dystrybuowany i transportowany już samochodami do różnych części miasta, gdzie pozwalały na dotarcie do operacji wojskowych.

Następnego dnia, 27 marca, ochotnicy musieli ponownie przekroczyć punkt kontrolny w Nikolskoje iw tym momencie zostali zatrzymani.

„Około dwudziestu ludzi z karabinami maszynowymi, przebranych za żołnierzy, w zielonych mundurach. Przedstawili się jako siły zbrojne Donieckiej Republiki Ludowej. Żądali wysiąść z samochodu, dostarczyć dokumenty. Ale kiedy jeden z nich poszedł do bagażnika samochodu i zobaczył tam paliwo i lekarstwa, powiedział: „Och! Wolontariusze! Chodź tu! Musimy porozmawiać”.

Aby wejść do systemu, Vorosheva musiał mieć numer telefonu i hasła. Wojsko otworzyło aplikację bankową i zobaczyło darowizny, w tym od obcokrajowców.

„Wolontariuszami dla nich byli ludzie, którzy na tym zarabiają. Wolontariuszami byli ludzie, którzy wtrącali się. Po raz pierwszy w życiu usłyszałem to słowo w tak agresywnym wykonaniu, że zdałem sobie sprawę, że muszę się dobrze zastanowić, czy wymówić to słowo na wszyscy – „ochotnik”. Reakcja brzmiała: „Och, wciąż byli dla mnie terroryści”. To zdanie „ochotnik-terrorysta” brzmiało kilkakrotnie w całej tej historii.

prawa autorskie do zdjęćAnna Voroshiva

podpis pod zdjęciem,

Przygotowanie samochodów w połowie marca do wyjazdu z Mariupola

prawa autorskie do zdjęćAnna Voroshiva

podpis pod zdjęciem,

Pierwsze zdjęcia na terenie kontrolowanym przez Ukrainę po opuszczeniu Mariupola

Przez kilka następnych dni Woroszew był transportowany z przesłuchania na przesłuchanie. Na jednym z nich, w UBOP, po raz pierwszy usłyszała słowo „więźniowie”.

„Pytali: kto to jest? Powiedziano im: to są więźniowie. Kiedy usłyszałem to słowo, to było oczywiście bardzo przerażające. Żyjemy w XXI wieku. Jacy więźniowie? Jacy piraci? Jaka wojna? To jest mózg odmówił przyjęcia.”

Najpierw Woroszewa zgłosiła się do donieckiego UBOP do śledczego, który uznał, że została bezprawnie zatrzymana i powinna zostać zwolniona. Ale w ostatniej chwili interweniowali jacyś mężczyźni w cywilnych ubraniach – powiedziano im, że są z wywiadu – i polecili przygotować dokumenty dotyczące aresztu administracyjnego na 30 dni.

Woroszewie nie postawiono żadnych zarzutów, nie wydano też odpisu protokołu zatrzymania. Śledczy pozwolił jej córce zadzwonić, a potem Woroszewowi i pięciu lub sześciu innym kobietom zostało, aby spędzić noc na podłodze na krzesłach.

„W nocy śledczy przyniósł nam ciasteczka, dał kawałek wafla, którego później użyłem jako ręcznika, i powiedział: „Jeśli każą ci zejść na dół, nie musisz tam schodzić. Powiedz, że podałem moje nazwisko, moje imię i powiedziałem, że jesteś tutaj, ponieważ w dole jest piekło” – powtarza Voroshiva.

„Kiedy mówi ci pracownik tej struktury, który sam nazywa to, co dzieje się w jego strukturze w piekle w piwnicy, rozumiesz, że w tym samym czasie dzieją się bardzo straszne rzeczy”.

1 kwietnia Woroszewa została przewieziona do tymczasowego aresztu, gdzie spędziła dzień w tej samej celi z ukraińską sanitariuszką Julią Paevską, znaną jako Taira – została zatrzymana przez rosyjskie wojsko na obrzeżach Mariupola w połowie marca.

„Dała mi wskazówki, co może mnie czekać w przyszłości, jakie zasady, o co można zapytać, jak zachowywać się prawidłowo, aby poruszać się w tych okolicznościach absurdu i braku logiki”.

Następnego dnia Woroszew został przeniesiony do Jelenowki.

Jelenowka

W DIZO Yelenovka Vorosheva i pięć innych kobiet zostały umieszczone w maleńkiej celi o wymiarach 2,5 na 3 metry. Połowę zajmowały dwa drewniane leżaki, w drugiej połowie o powierzchni metr na metr stał metalowy stół i przyspawana do podłogi ława.

Zabrakło miejsca: „Dwie dziewczyny spały na górnej półce, a pozostałe cztery ułożyły pod stopami naczynia i spały w poprzek”. Czasami Voroshiva spała siedząc na oblodzonym metalowym stole, ponieważ była ubrana najcieplej ze wszystkich.

W tym samym czasie według Anny sytuacja w celach męskich była jeszcze gorsza: do 20 osób znajdowało się w celi czteroosobowej, a do 55 w celi ośmioosobowej.

„Mężczyźni, w których było 55 osób, nie tylko spali na zmianę, ale siedzieli na zmianę. Do toalety był łańcuch ludzi. Z grubsza rzecz biorąc, zakończyłeś cykl i możesz już ponownie wejść do tej kolejki, aby w drugim cyklu fizjologicznym przybyłeś do tego miejsca.”

Kanalizacja w kolonii była zorganizowana według systemu studzienki kanalizacyjnej i nie była przeznaczona dla takiej liczby więźniów.

„W tym DIZO, jeśli policzymy nominalną liczbę łóżek, powinno być maksymalnie 100-115 osób, ale było 700-800 osób. Nie było ani ilości wody potrzebnej do odwodnienia, ani czyszczenia tej studzienki kanalizacyjnej. po prostu przelewał się, a czasem gnojowica na poziomie siedmiu centymetrów [wznosiła się], całe piętro było w fekaliach. Wypędzano skazańców, których przebijano metalowymi linami, wygrzebywano wiadrami. Ubrania służyły jako szmaty, które musiały być darowane na to.” Sytuacja powtórzyła się kilka razy.

Cela, w której umieszczono Woroszewę, znajdowała się na pierwszym piętrze, a na pierwszym piętrze odbyło się przyjęcie dla wszystkich przybyłych.

„Absolutnie każdy etap, każda grupa mężczyzn została pobita. Zamieniało się to w kakofonię niekończących się nawoływań, szczekania psów, wrzasków strażników, błagań o pomoc, wrzasków pobitych, błagań o wodę. Otrzymywały odpowiedzi. Czasami kilka osób zostało wyprowadzonych , bity i odrzucany, aby zniechęcić wszystkich do oburzenia”.

Wszyscy, którzy zostali zwolnieni z Jelenowki, opowiadają o biciu schwytanych mężczyzn. Wolontariusz Witalij Sitnikow, podobnie jak zatrzymany 27 marca Woroszewa, powiedział Służbie Wsparcia: „W DIZO siedzieliśmy na podłodze z wojskiem, rzadko zdarzało się, żeby ktoś nie był brutalnie zgaszony przez cały dzień”.

Według jego zeznań bojownik batalionu Azow z sąsiedniej celi prawdopodobnie zmarł po trzech dniach ciągłego bicia.

O systematycznym biciu jeńców wojennych na konferencji prasowej po ich zwolnieniu wspomniał też inny wolontariusz, Stanisław Głuszkow: „To były tortury, bardziej dotkliwe niż te stosowane wobec nas. I nic nie mogliśmy zrobić”.

Według Woroszewy bicie nie miało miejsca publicznie, ale z tego, co widziała, było jasne, co się dzieje: „Widzisz, że osoba jest prowadzona na koniec korytarza, potem stopnie zatrzymują się i hałas, bicie i zaczynają się krzyki, [Mężczyzn] wyprowadzano, zmuszano do siadania w jednym rzędzie na przysiadzie, szli tą rzędą do końca korytarza i musieli wracać w tej samej formie, ale czasami ludzie wracali na czworakach.

Pewnego razu Worosziwa przez okno „podajnika” w drzwiach celi ukradkiem zobaczył, jak wyczerpany mężczyzna nie wytrzymał w drodze powrotnej i upadł na ręce, ale wciąż był zmuszany do poruszania się gęsiego.

Jak wyjaśnia Woroszewa, bito nie tylko więźniów z batalionu Azow, których przywieziono do kolonii w połowie maja, ale w zasadzie wszystkich mężczyzn.

Rano zmuszano więźniów do śpiewania hymnu rosyjskiego. „Mężczyzn wyprowadzono – jakaś cela, zmuszono ich do śpiewania. Nie można było nie słuchać, bo to było bicie, a cała cela została ukarana. Cela mogła [zostawić] bez wody, kamery został zignorowany.”

„Co jeszcze było straszne? Nieustanne dzwonienie. Można to porównać z tak potężnym, potężnym dzwonkiem do drzwi. Kiedy drzwi [kolonii] się otwierają, sieć elektryczna otwiera się i do momentu zamknięcia dzwoni dzwonek bez końca.”

„Dwadzieścia cztery [godziny] przez siedem [dni w tygodniu] przybywali ludzie, strażnicy i robotnicy kolonii biegali tam iz powrotem, zimno, wiatr – jakbyś siedział na ulicy w kamiennym wozie. A wszystko to wciąż dzwoni. A kiedy 24/7 pali się żarówka, musisz się do tego przyzwyczaić.

prawa autorskie do zdjęćAnna Voroshiva

podpis pod zdjęciem,

Notatki innych więźniów, które Anna Worosziwa mogła wyprowadzić z Jelenowki

Na pytanie, co pomogło pozostać psychicznie, Worosziwa odpowiada tak: „Cóż, na początku, wiesz, prawdopodobnie pomogło to, że opuściliśmy Mariupol. Pomogła pulsująca myśl, że moja córka żyje. A ja nadal żyję, Przeżyłem tam pod tymi wszystkimi ostrzałami, to znaczy muszę to znosić i nie załamywać się. I była taka wewnętrzna złość. Jestem Ukrainką i mój charakter, mój naród, nasze kobiety, one są inne, my bardzo dumny z naszego hartu ducha. I nie zamierzałem się poddawać” .

Poza tym, wspomina Voroshiva, aktywność pomogła kontynuować: „Poprosiliśmy o pracę. Poprosiliśmy o pozwolenie na obieranie ziemniaków. I było to osobne pomieszczenie, w którym mogliśmy obrać 10-12 worków ziemniaków, 50 kilogramów. Ale tak było czas poza celą, a dla psychiki, aby utrzymać się w odpowiednim stanie, ważne było wyjście z celi pod byle pretekstem, żeby nie widzieć krat, żeby zobaczyć okno, żeby mieć iluzję ruchu i iluzja swobody komunikacji.

Warunki dla kobiet

Przez długi czas w budynku DIZO było tylko sześć kobiet, w tym Woroszewa, ale później dowiedziała się, że w barakach opuszczonej jednostki sanitarnej przetrzymywano kolejnych 21 policjantów. Według Woroszewy zwolniono ich po 30 dniach aresztu administracyjnego.

Później do Jelenowki przywieziono 44 kobiety-żołnierzy, schwytanych podczas próby opuszczenia zakładu „Azovmash” w Mariupolu i zakładu nazwanego imieniem. Iljicza. Kilka dni później większość z nich została przeniesiona dalej na scenę.

W sumie, według Woroszewy, w Jelenowce przetrzymywano czasami nawet sto kobiet: „Niektóre zostały przywiezione, inne zabrano. Ale klocki nigdy nie były wydawane przez cały czas”.

W jej celi przebywały kobiety-żołnierze, byli ukraińscy policjanci, pielęgniarka wojskowa w drugim trymestrze ciąży, a nawet zwykła mieszkanka DRL z zaburzeniami psychicznymi.

Kobiety, w tym personel wojskowy, nie były bite. „Nie byliśmy nawet sugerowani, nie grożono nam biciem. W ogólnym środowisku baliśmy się, ale nie było w ogóle strachu przed przemocą fizyczną, [traktowano nas] dużo bardziej lojalnie, nieporównywalnie. Zrozumieliśmy to wszystko było u nas w porządku po prostu dlatego, że jesteśmy kobietami”.

Ponadto, jak wyjaśnia Voroshiva: „Nie było śladu [przemocy] seksualnej, żadnych żartów”.

Problemem był całkowity brak produktów higienicznych. W jednym z dni, kiedy Woroszewa została wezwana do sztabu w celu podpisania dokumentów o przedłużeniu jej aresztu po 30 dniach, poproszono ją o napisanie własnoręcznie „Nie mam skarg na kolonię” i podpisanie.

„Tutaj się przebiłem i zacząłem komunikować się podniesionymi tonami: „Co robisz? O czym ty w ogóle myślisz? Jak zamierzasz wspierać kobiety? Dusza nie. Brakuje wody. Karma dla psów. Daj mi przekładki. Tylko przynajmniej podpaski, bo trzeci cykl bez środków higienicznych – wypróbuj go z żoną.”

Jak wyjaśnia Anna, był to jedyny moment, kiedy udało jej się wyrzucić nagromadzone oburzenie: „Zrozumiałam, że nie ma sensu budować z siebie cichej, uległej kobiety, nic się od tego nie zmienia”. Według niej odwagę dodawał jej fakt, że przemawiała w imieniu wszystkich aresztowanych kobiet.

Oburzony, że kobiet nie bierze się pod prysznic, mówi Worosziwa, „młodszy robotnik wstał, jakby chroniąc przełożonych przed atakami wariatki, i powiedział: „Bez duszy, sikaj na ręce. To tylko ciepła woda.”

„Spojrzałem: mężczyzna około trzydziestki, jestem o połowę od niego. Mówię:” Cóż, prawdopodobnie w twoim domu nie śmieją się z twoich żartów. Więc, żeby wiedzieć, to wcale nie jest zabawne. Czy masz prysznic Wykąp kobiety.”

Jak wspomina Vorosheva, to zraniło rozmówcę i wstał: „Bałem się, ale widzę, że władze stoją i nie przeszkadzają ani mnie, ani jemu. Więc jakoś jest to możliwe. Cóż, trochę. dla mnie, i wiesz, jaka to taka scena na podwórku, mówi: „my nie mamy duszy” – „wiem, że masz prysznic” – „nie ma duszy!” – „jest prysznic ! Straże, twoi chłopcy idą.

Inny żołnierz podsłuchał potyczkę. Z kontekstu Worosziwa zorientował się, że pochodzi z Rosji. „Usłyszał tę potyczkę i mówi: „Naprawdę nigdy się nie kąpałeś?” – „Nie”. – „No cóż, jesteście kobietami”. Mówię: „No tak, jakby kobiety”.

Przyszedł więc i zamówił. Wtedy zdałem sobie sprawę, że ta strona [może] wydawać rozkazy tej stronie. Polecił strażnikom DIZO, żeby zabrali mnie pod prysznic. 29 kwietnia był moim pierwszym prysznicem od rozpoczęcia tej szalonej podróży. Woda lodowa, ale wydawała się cudowna”.

Oswobodzenie

Status ochotników w Jelenowce, wyjaśnia Anna Worosziwa, przez cały czas pozostawał niepewny: nie figurowali na listach wymiany, ponieważ nie byli uważani za jeńców wojennych i nie postawiono im żadnych zarzutów.

Woroszew został raz wezwany na przesłuchanie. „Był człowiek w kominiarce, który się nie przedstawiał. Zapytałem: kim jesteś, powiedział mi, że Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej. Zacząłem pytać, dlaczego zostałem zatrzymany, dlaczego tu jestem długo, dlaczego nikt mi nic nie wyjaśnia. Mówi: „Te pytania nie są dla mnie. To jest dla tych, którzy cię zatrzymali.”

prawa autorskie do zdjęćAnna Voroshiva

podpis pod zdjęciem,

Wyjazd z powrotem do Mariupola z ładunkiem humanitarnym

Mężczyzna w kominiarce zadał Voroshevej pytania o to, czy znała któregokolwiek z bojowników azowskich i czy ma zeznania „o udziale batalionu Azowskiego w pogromach w mieście, w operacjach wojskowych” – mówi.

„Nikogo nie znałem i nie było nikogo wśród moich znajomych [stamtąd]. Powiedzmy, że moje dziewczyny nawet nie spotkały chłopaków z batalionu. Ale na co liczył? Nawet gdybym wiedział …”

Kiedy Woroszewie pozwolono podpisać protokół, zauważyła, że ​​nie tylko nie wskazano tam powodu jej zatrzymania, ale że daty są nieprawidłowe. – To nie ma znaczenia, nawet nie musisz podpisywać – odpowiedział jej mężczyzna w kominiarce.

Nie przeprowadzono więcej przesłuchań i czynności śledczych przeciwko Woroszewie.

Zwolnienie było zaskoczeniem – pewnego ranka, 4 lipca, Worosziwa usłyszał, że strażnicy weszli na drugie piętro i zaczęli wymieniać „nazwiska z rzeczami do wyjścia”.

„Znałem te nazwiska na pamięć. To były nazwiska wolontariuszy, rozumiałem, że zostali zwolnieni i mogę mieć nadzieję, że również będę na tej liście”.

Łącznie tego dnia z Jelenowki wypuszczono 22 wolontariuszy. Woroszewie zwrócono jej dokumenty do UBOP w Doniecku, wydano bilet do filtracji [zezwolenie na opuszczenie terytorium DRL] i odmowę wszczęcia przeciwko niej sprawy karnej na podstawie artykułu o terroryzmie.

Jednocześnie w dokumencie stwierdzono, że zatrzymano ją dopiero 6 czerwca, a już 14 odmówiono jej. „Oznacza to, że mieli już rozkaz z prokuratury [uwolnić mnie], a z rozkazu własnej prokuratury kolonia mnie nie zwolniła” – wyjaśnia Woroszewa.

„Pierwszą rzeczą, o którą zaczęliśmy pytać [kiedy udało nam się opuścić terytorium samozwańczego DNR]”, wspomina Worosziwa, „czy Kijów, Kijów, nasz? Cały Kijów?” – „Tak, tak, tak.” – „Hurra!”

Według niej, w momencie uwolnienia Voroshiovej na początku lipca w Jeleniewce pozostało około 2000 osób.

Rosyjska służba BBC wysłała do MSW samozwańczej DRL prośbę z prośbą o skomentowanie doniesień o pobiciu więźniów w kolonii w Jeleniewce i oczekuje na odpowiedź.